2010 in review

The stats helper monkeys at WordPress.com mulled over how this blog did in 2010, and here’s a high level summary of its overall blog health:

Healthy blog!

The Blog-Health-o-Meter™ reads Wow.

Crunchy numbers

Featured image

About 3 million people visit the Taj Mahal every year. This blog was viewed about 25,000 times in 2010. If it were the Taj Mahal, it would take about 3 days for that many people to see it.

In 2010, there were 106 new posts, growing the total archive of this blog to 154 posts. There were 479 pictures uploaded, taking up a total of 629mb. That’s about 1 pictures per day.

The busiest day of the year was January 27th with 418 views. The most popular post that day was Galeria.

Where did they come from?

The top referring sites in 2010 were goldenline.pl, careerbreak.wordpress.com, facebook.com, pl.wordpress.com, and bananatree.weebly.com.

Some visitors came searching, mostly for istambuł, freetime passion.wordpress.com, zdjęcia londynu, freetimepassion.wordpress.com, and freetimepassion.

Attractions in 2010

These are the posts and pages that got the most views in 2010.

1

Galeria November 2009

2

O nas November 2009
7 comments

3

Przygotowania do wyjazdu November 2009
14 comments

4

Wolontariat November 2009
4 comments

5

Ciekawostki November 2009
5 comments

Reklamy

Tayrona-Santa Marta-Taganga

Noc troche nieciekawa, zimno, wialo, niewygodnie…ale w sumie cos innego, gdy sie obudzilam, Julie (Szwajcaria, pogodzenie Serbia) powiedziala, ze byla to jej najgorsza noc w zyciu i dzis wyjezdza!!!

Przedpoludnie spedzilam na plazy i przed druga wybralam sie w droge powrotna z ambitnym planem przejscia calej drogi. W sumie niezle sie zmachalam i gdy w koncu dotarlam do glownej drogi bylam calkowicie mokra, jak po prysznicu. Wiec z przyjemnoscia wsiadlam do rejsowego, klimatyzowanego autobusu, ktorego kierowcy dorabiaja sobie zabierajac dodatkowych pasazerow. Niestety okazalo sie, ze nie byl to najlepszy pomysl, bo autobusy podlegaja sciskaj kontroli policji drogowej, w konsekwencji spedzilam dodatkowe pol godziny patrzac jak wyciagaja wszystko, co sie da z autobusu…zakoczylo sie wyniesieniem kilku karnistrow z nielegalna benzyna…Pozniej okazalo sie, ze autobus nie jedzie do centrum Santa Marta, jak mnie panowie zapewniali, wiec podroz sie wydluzyla…

Jak milo bylo wrocic w koncu do Techos Azules, gdzie czekal na mnie pokoik oraz hamak na tarasie, w ktorym przelezalam do godziny drugiej nad ranem…

Taganga-Santa Marta-Parque National Tayrona

Poniedzialkowa destynacja to slawny Parque National Tayrona. Zostawiam bagaz pod opieka Frieddiego, wlasciciela hostelu i wspinam sie na gore zeby zlapac transport. Z Taganga nie ma bezposrednich busow, wiec najpierw trzeba sie udac do Santa Marta, co wykorzystalam na zwiedzenie wszystkich bankow i bankomatow oraz zrobienie zakupow spozywczych. Wszyscy zawsze radza, zeby nakupowac prowiantu na pobyt w parku, gdyz ceny tam sa zabojcze. Pozniej okazalo sie, ze az tak zle nie jest…

Do autobusu do Taganga zostalam odprowadzona przez pana wyznaczonego do tego przez policjanta, ktorego spotkalam na innym przystanku autobusowym 😉 Gdy juz siedzialam w autobusie i wcinalam kupiony chleb z suszonymi owocami za pomoca scyzorka, zobaczylam, ze do pojazdu zblizaja sie znajome twarze Eyer z Mama…ktorzy rowniez zostali odprowadzeni przez miejscowa dziewczyne…

Po godzinnej jezdzie nalezy przejsc przez rewizje, zakupic bilet i juz mozna rozpoczac wedrowke, albo podjechac busem. Ceny biletow to zawrotne 34tys, ze znizka dla studentow 7tys (ja oczywiscie jestem za stara na to). Trekking, czy wedrowka poczatkowo prowadzi przez piekny las, a pozniej plaze. Mozna rowniez skorzystac z jednej z licznych taksowek konnych. W sumie ponad dwie godziny zajmuje przejscie do ostatniego, najpopularniejszego campingu, czyli Capo, gdzie znowu trzeba poddac bagaz scislej rewizji. Chyba moje zarty podzialaly mobilizujaco na wojskowego, bo przejrzal mi wszystko, lacznie z zawartoscia mydelniczki. Glowna atrakcja, oprocz przeslicznych widokow i super wody jest nocleg w hamakach na wysokiej skale, za co trzeba zaplacic 25tys!!! Drozej niz hostel z kawa i internetem, no ale coz!

Gdy w koncu udalo sie zakonczyc wszystkie formalnosci, nic nie podejrzewajac udalam sie pod prysznic, ktory okazal sie mocno koedukacyjny i dajacy duzo do zyczenia. Pan z obslugi zachecal, zebym jednak zazyla kapieli, wiec tak tez zrobilam…na szczescie akurat nikt inny na to nie wpadl. Ciezko opisac wyraz twarzy mamy Eyera, ktora wrocila z kapieli i opowiadala, ze w tym samym czasie byli tylko mezczyzni, co Eyer skomentowal ¨tata mnie zabije¨.

Taganga

Niedziela rano. Vincent i Jaap pakuja male plecaki wciskajac tam rzeczy niezbedne na szesc dni trekkingu, spanie w hamakach, pluskanie sie w rzekach i wodospadach, walke z moskitami itp. Zostaje sama w naszym pokoju, w ktorym nie da sie spac przez golebie brykajace na dachu.

Popoludnie spedzamy we trojke na plazy oddalonej ok 15 minut od Taganga-Playa Grande, prowadzi do niej malownicza sciezka wzdluz szczytow gorskich. Weekend to czas, kiedy plaze oblegaja nie tylko turysci, ale rowniez cale rodziny Kolumbijczykow, wiec jest dosyc glosno i tloczno.

Poniewaz Kate i Andrea nie chca wyjsc wieczorem, wiec wybieram sie z kolega z hostelu Eyar (24, Izrael), ktory po spedzeniu trzech lat w izraelskim wojsku, jak wiekszosc jego rodakow, wybral sie na roczna wycieczke, a ostatnie tygodnie podrozuje ze swoja mama (bilet i pobyt w Kolumbii to jej prezent urodzinowy sprawiony przez kochanego syna:) Jest niedziela, wiec za duzo sie nie dzieje, trzeba bylo wczoraj wyjsc..;( idziemy na taras innego hostelu, gdzie spotykam moja znajoma z Cartagena, Malena (33, Niemcy) spedza ostatnie dni swojej dziewieciomiesiecznej podrozy na kolumbijskich plazach. Ma tu paru znajomych, wiec przylaczamy sie i idziemy na miasto:)

W Kolumbii obecnosc policji i wojska, to rzecz normalna. Na porzadku dziennym sa rowniez kontrole, sprawdzanie dokumentow, przeszukiwanie kieszeni, plecakow, torebek w poszukiwaniu narkotykow, broni, i nie wiem czego jeszcze. Do rzeczy spotykanych naleza np. rewizje osobiste, w trakcie ktorych zdarza sie, ze panowie musza opuscic spodnie:))) Malena miala okazje uczestniczyc w jednej 🙂

Cartagena-Taganga

W sobote rano staram sie wstac wczesnie, mam mnostwo rzeczy do zorganizowania, a chce sie zabrac do Santa Marta albo Taganga z chlopakami. Vincent i Jaap wybieraja sie na szesciodniowy trekking do Zaginionego Miasta (hisz Ciudad Perdida, ang Lost City), podobno najwiekszej atrakcji w Kolumbii. W koncu Kate i Andrea decyduja sie, ze pojada rowniez, tylko nieco pozniej, jedynie Dominik sie nie decyduje i kupuje bilet do Bogota na ten sam dzien.

Wsiadamy do busa, ktory podjezdza pod sam hotel i przez jakas godzine jezdzimy po miescie zgarniajac innych podroznych. W pewnym momencie moim oczom ukazuja sie dwie znajome twarze…oczywiscie…to moi znajomi z Bocas i samolotu-ten sam timing!!! 🙂

Dojezdzamy w koncu do Taganga, niewielkiej wioski rybackiej, ale za to bardzo znanej, wszyscy wczesniej, czy pozniej tam zawitaja. Idziemy do polecanego hostelu Casa Blanca, ale okazuje sie, ze nie ma miejsca, nie tyle dla pieciu osob, co dla zadnej. W ostatecznosci bardzo mila pani dzwoni do pobliskiego hostelu Techos Azules i sprawdza, czy mozemy sie tam zatrzymac, a dodatkowo chlopaki zalatwiaja wyjscie na trekking na nastepny dzien. Niestety niski kurs zlotowki nie pozwolil mi wydac 500tys pesos na ta przygode i decyduje sie zostac w Taganga.

Nasz nowy hotelik jest sliczny, polozony powyzej plazy, dzieki czemu mozna podziwiac widok na miasteczko i cala zatoke, ma niebieskie dachy, biale sciany, mnostwo balkonow i tarasow z lezakami i licznymi hamakami-zyc nie umierac, miejsce przypomina do zludzenia Grecje, byc moze przez suche, surowe zbocza gorskie, porosniete przez kaktusy!!! Wlasciciel Fredy to wspanialy, pomocny i serdeczny czlowiek. Poleca nam rowniez restauracje, gdzie mozemy zjesc dobra rybke, ryz z kokosem, patakones, surowka!!! Super!!! Wieczorem przyjezdza pozostala czesc ekipy i spedzamy czas przy wlasnorecznie przyrzadzonym paczu.

Cartagena

Cartagena jest naprawde cudowna, miasto znane z przeslicznej starowki, otoczonej olbrzymimi murami, pomiedzy ktorymi wsrod waskich uliczek zwieszaja sie wspaniale balkony. Dodatkowo jest mnostwo miejsc z pysznymi sokami owocowymi, ciastkami, niezla pizzeria w okolicy oraz mnostwo restauracji z typowa kuchnia…

Miasto rozbrzmiewajace salsa w weekendy, troche wyciszone w ciagu tygodnia, ale nasza szostka niestrudzenie co wieczor przemierzala ulice w poszukiwaniu tancow.

Pierwszy wieczor spedzilismy szukajac klubu. W miescie jest wielu naganiaczy, ktorzy oprowadzaja za drobna oplata, wiec trafilismy do To Candelas, gdzie trzeba bylo placic, pozniej do dwoch pustych klubow, a na koncu do klubu, gdzie byly tylko bardzo atrakcyjne i wyzywajaco ubrane panie znanej profesji, wiec na piecie wszyscy sie odwrocilismy i szybko zakonczylismy wieczor.

Raz urzadzilismy sobie sami impreze w klubie, siedzielismy kilka godzin przy stoliku grajac w przerozne glupie gry na refleks, gdy bylismy wystarczajaco rozbawieni do klubu przyszla sporo grupka kolumbijskich nastolatkow, wiec zabawa rozpoczela sie na calego.

W piatek dopiero udalo sie wyjsc na tance, do nieco ekskluzywnego klubu, z trzema roznymi salami tanecznymi. I tak sie zakonczyl pobyt w Cartagena.

Sobota popoludnie wsiadamy do zamowionego busa i jedziemy ponad godzine na najwiekszy blotny wulkan w Kolumbii, gdzie wraz z innymi oddajemy sie blotnej kapieli i masazowi. Uczucie troche dziwne, szczegolnie pierwszy kontakt, zanuzenie sie w blocie niemalze po szyj…podobno poklady blotka mierza 500m, a wedlug informacji przekazywanych przez masazystow 2500m!!! maz zawiera wiele mineralow i ma miec bardzo korzystny wplyw na wyglad, ale jakos szczegolnie nie wypieknielismy. Drugim zabiegiem jest zmycie z siebie mazi, co odbywa sie w pobliskiej lagunie. Specjalizuja sie w tym kobiety z pobliskiej wioski. Wyposazone w miski i gabki bardzo mechanicznie zmywaja bloto z turystow, do tego stopnia sa wprawione, ze z Kate nawet nie zauwazylysmy, jak sprawnymi rekami sciagnely z nas kostiumy, zeby je przeprac 😉

Panama-Kolumbia

Przepytalam mnostwo ludzi, zrobilam wiele wywiadow i ankiet…Kolumbia, warto, niewarto, co sadzisz, polecasz, nie, dlaczego…wszyscy jak jeden maz rozpoczynali wypowiedz od glebokiego westchnienia i przenosili sie myslami do miejsca, ktore zrobilo na nich ogromne wrazenie…gdy widzialam wyraz twarzy wspominajacej wspaniale chwile…wiedzialam, ze warto…wszyscy rozpoczynali wypowiedz od zachwytu nad goscinnoscia i serdecznoscia Kolumbijczykow…przechodzac do wspanialej natury, wszechobecnej salsy, wspanialej kuchni…

Wiec wybralam sie na lotnisko w Panama City. Najpierw taksowka na bus terminal, bo sie zdazylam juz tak upocic po wyjsciu z hostelu, ze stwierdzilam, ze nie dam rady wskakiwac do rozpedzonego autobusy, do ktorego jeszcze musze isc 15 min. Z bus terminal bez wiekszych problemow udalam sie na lotnisko poza miasto juz autobusem. Lotnisko, jak lotnisko…ale check out trwa m.w. piec razy dluzej niz normalnie. Obsluga bardzo mila, ale wyglada to tak, jakby robili wszystko po raz pierwszy i nie bardzo znali idee odprawy. Pasazerowie to podchodza, to odchodza od stanowisk, pozniej donosza coraz to wiecej przeroznych bagazy, pojedynczych rzeczy, niepopakowanych…

Samolot mega kameralny i na dodatek 80% to turysci, w tym co najmniej dwie osoby juz wczesniej znalam (chlopakow ze Szwecji, w Bocas del Toro). Gdy skonczyl sie lot juz znalam wiekszosc, w tym z trojka udalismy sie do tego samego hostelu (Media Luna), gdzie mieszkal juz Andrea (przyjaciel Kate, Anglia), dojechal Jaap (Belgia) kolega Vincent (Holondia) i brakujaca osoba to Dominik (Niemcy).